Wykolejeniec - część IV
Joseph Conrad
Wykolejeniec
cześć IV
Rozdział drugi
Zapadło długie milczenie. Almayer podszedł do stołu i usiadł z głową wspartą na rękach patrząc prosto przed siebie; Lingard, spacerujący znów po werandzie, odchrząknął i rzekł:
— Na czym skończyłeś?
— Aha! Tak… szkoda, że pan nie widział osady w tamtą noc. Chyba nikt się spać nie położył. Zszedłem aż do przylądka, bo stamtąd mogłem wszystko widzieć. Rozpalili wielki ogień w lasku palmowym i gadali do samego rana. Kiedym tu wrócił i siadł na ciemnej werandzie w tym spokojnym domu, poczułem się taki strasznie samotny, że zakradłem się po cichu do pokoju, wyjąłem dziecko z kołyski i przyniosłem je tu na hamak. Gdyby nie Nina, byłbym z pewnością zwariował, taki się czułem samotny i bezsilny. Niech pan pamięta, że nie miałem od pana wiadomości przez cztery miesiące. Nie wiedziałem, czy pan żyje, czy też pan umarł. Patalolo nie chciał mieć ze mną nic do czynienia. Moi ludzie uciekli jak szczury z tonącego statku. To były ciężkie chwile, panie kapitanie, kiedym tu siedział nie wiedząc, co za parę minut nastąpi. Tacy byli podnieceni, swarliwi — bałem się naprawdę, że przyjdą i spalą mi dach nad głową. Poszedłem, przyniosłem rewolwer. Nabiłem go i położyłem na stole. Od czasu do czasu słychać było straszne wrzaski. Na szczęście Nina się nie obudziła; patrzyłem na nią, taka
była śliczna, spała tak cichutko, trochę mnie to uspokajało. Nie mogłem uwierzyć, że istnieją gwałty na świecie, kiedym patrzył, jak leży spokojnie, nieświadoma wszystkiego, co się dzieje. Bardzo to było ciężkie. Wszystko przewróciło się do góry nogami. Trzeba panu wiedzieć, że tej nocy nie było żadnego rządu w Sembirze. W razie czego nic by tłumu nie zatrzymało. Patalolo załamał się zupełnie. Moi ludzie opuścili mnie i cała ta zgraja mogła wywrzeć na mnie swoją wściekłość, gdyby się im spodobało. Oni nie znają wdzięczności. Ileż razy ocaliłem tę osadę od głodu! Dosłownie od głodu. Jeszcze przed trzema miesiącami rozdałem znów na kredyt mnóstwo ryżu. Nie mieli nic do jedzenia w tej przeklętej dziurze. Przychodzili i błagali na kolanach. Nie ma człowieka w Sembirze, biednego czy bogatego, który by nie był zadłużony u Lingarda i Ska. Ani jednego. Powinien pan się cieszyć. Zawsze pan twierdził, że to jest dla nas właściwy sposób postępowania. No więc trzymałem się go. Ach, kapitanie, taką politykę powinno się poprzeć nabitymi strzelbami…
— Miałeś je! — krzyknął Lingard wśród swego spaceru, który w miarę jak Almayer mówił, stawał się coraz szybszy, niby marsz na oślep człowieka mającego zamiar popełnić coś gwałtownego. Weranda napełniła się kurzem duszącym i dokuczliwym, który wzbijał się spod nóg starego marynarza i raz po raz przyprawiał Almayera o kaszel.
— Tak, miałem! Dwadzieścia. I ani jednego palca, żeby pociągnąć za cyngiel. Łatwo to mówić — wykrztusił czerwony jak rak.
Lingard opadł na krzesło i przerzucił jedną rękę przez oparcie, a drugą wyciągnął na stole. Kurz osiadł; słońce wyłoniło się zza lasu zalewając werandę jasnym światłem. Almayer wstał i zaczął spuszczać zasłony z łupanego rotanu wiszące między słupami werandy.
— Fiu! — gwizdnął Lingard — dzień będzie gorący.
Masz rację, chłopcze. Nie puszczaj słońca. Nie mamy ochoty upiec się żywcem.
Almayer wrócił, usiadł i zaczął mówić bardzo spokojnie:
— Rano przeprawiłem się przez rzekę do Patalola. Oczywiście dziecko zabrałem ze sobą. Zastałem śluzę od rzeki zamkniętą i musiałem iść naokoło przez krzaki. Patalolo przyjął mnie leżąc na podłodze w ciemności przy zamkniętych okiennicach. Nic nie mogłem z niego wydobyć oprócz lamentu i jęków. Powiedział mi, że pan umarł na pewno. Że Lakamba przyjdzie teraz z armatami Abdulłi i wszystkich wytępi. Że jemu osobiście obojętne, czy go zabiją, czy nie, ponieważ jest już stary, ale najgorętsze jego pragnienie to odbyć pielgrzymkę. Zbrzydła mu ludzka niewdzięczność, spadkobierców nie ma, postanowił więc udać się do Mekki i tam umrzeć. Poprosi Abdullę, żeby mu pozwolił wyjechać. Potem zaczął szlochać, wymyślać na Lakambę, a trochę i na pana. Pan go powstrzymał, kiedy chciał się starać o flagę*, którą by uszanowano — w tym miał rację; teraz, kiedy jego wrogowie są silni, czuje się słaby, a pana nie ma, aby go obronić. Usiłowałem dodać mu trochę ducha,
